Oceaniczny relaks

Po kilku całkiem intensywnych dniach w pięknej Sewilli, zamieniliśmy miejski sound na słoneczny plażing. Ruszyliśmy na zachód, w stronę Oceanu Atlantyckiego, do niezbyt dużego miasta – Huelva.

Gdyby nie Asia, pewnie nigdy byśmy nie pomyśleli, żeby wybrać Costa de la Luz. Ta znana znawczyni hiszpańskich klimatów dokładnie wiedziała czego poszukujemy. Czyste, rozległe i bezludne plaże. Do tego smaczne jedzenie, mili ludzie i co najważniejsze nieturystyczny charakter okolicy. Malaga i Costa del Sol raczej nie zapewniłyby nam takiej atmosfery.

Przejazd pociągiem z Sewilli do Huelvy zajął nam 1,5 godziny. Z dworca do centrum i zarazem naszego mieszkania mieliśmy jakieś 5-10 minut. Wszystkimi szczegółami – co, jak, gdzie, za ile – podzielimy się z Wami w osobnym wpisie.

Huelva to miejsce, do którego na urlop przyjeżdżają Hiszpanie. Nie ma tu zbyt wielu turystów, nie ma sklepików z pamiątkami, nie ma też knajpek z „real spanish paella”. Jest za to ciekawa architektura, duch Krzysztofa Kolumba, dużo fajnych tapas barów, restauracji i kawiarenek, a… po ulicach chodzi mnóstwo ludzi z małymi dziećmi.

Odnośnie tego ostatniego, to w pierwszy wieczór na Plaza de las Monjas czuliśmy się jak w środku roju os :) Dziesiątki dzieciaków, biegały, jeździły, grały, rozmawiały, krzyczały, no czad! Super, że rodzice biorą swoje kluski, odstawiają się jak stróż w Boże Ciało i spotykają się ze znajomymi w atrakcyjnych okolicznościach przyrody. Wilk syty i owca cała. Pojawia się tylko myśli – szkoda że u nas takich miejsc nie ma.

Ale na początku pisaliśmy przecież o plażingu… no to wróćmy do tematu i napiszmy kilka zdań o Punta Umbria. Choć tutejsze plaże poleca większość przewodników, to w żadnym wypadku nie uświadczymy tu zjawiska bliskiemu „parawaniażom”. W tygodniu byliśmy prawie sami, w weekend pojawiło się nieco więcej osób, ale bez szaleństw.

W przeciwieństwie do Malty, tutaj uświadczyć można pełnego zaplecza sanitarnego i żywieniowego. Co kilkadziesiąt metrów pojawia się jakieś chiringuito (bar na plaży), w którym serwują lokalne, głównie morskie, przysmaki. My stołowaliśmy się w Chiringuito Cazorla, gdzie raz udało się nam nawet trafić na prywatny występ Juana Cazorla… mistrz :)

Spędziliśmy tu wspaniały, rodzinny czas. Polcia robiła wszystko to, co mały człowiek robić powinien – kąpała się w oceanie, bawiła się na brzegu, klepała babki z piasku, zbierała muszelki i latała na golasa. A my… kiedy ludek spał w namiocie… wariowaliśmy w wodzie jak nastolatki i cykaliśmy sobie sexy romantico selfies :)

Wieczorami, kiedy maleństwo pięknie śniło, my zasiadaliśmy do tapasów i gadaliśmy. Fajne jest tak gadać z przyjemnością, cały czas, razem :)

W następnym odcinku: Malaga i „przygoda lotniskowa”, oj będzie się działo! Stay tuned.

huel3

huel5

huel2

huel8

huel9

huel4

huel6

huel7

huel1

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Protected by WP Anti Spam