Malaga, tiki taki i kasztanki

Na koniec naszej andaluzyjskiej podróży wróciliśmy do miejsca, od którego tak naprawdę wszystko się zaczęło. Znad  Oceanu Atlantyckiego przenieśliśmy się nad Morze Śródziemne (a w zasadzie to nad Morze Alborańskie), żeby nieco bliżej poznać Malagę.

Przejazd z pociągiem z Huelvy do Malagi (z przesiadką w Sewilli, czyli godzinną przerwą na kawę i kanapkę) zajął nam 4h 20 min. Z dworca do naszego mieszkania położonego w starej części miasta, na wschód od Guadalmediny, doszliśmy spacerkiem w jakieś 15 minut. 

Na zwiedzanie miasta narodzin Picassa nie mieliśmy niestety zbyt dużo czasu, sił w zasadzie też. Kobiecą część ekspedycji zaczynało coś „rozkładać”, co skutecznie ograniczyło nam możliwości eksploracji.

W związku z tym, mierząc siły na zamiary zdecydowaliśmy, że przejdziemy się po nieco dalszej, ale ciągle, okolicy. Świetne położenie mieszkania  i dobra mapa pozwoliły nam łatwo wytyczyć optymalną trasę z najciekawszymi pozycjami do zobaczenia.

Na spokojnie, deptakiem do Katedry Wcielenia, skąd dzieliły nas już tylko dwa kroki od muzeum Picassa, gdzie mieliśmy zobaczyć imponujące zbiory przekazane przez rodzinę mistrza. Poleczka grzeczna, z uwagą wpatrywała się w artystyczne maziaje, podziwiała przedziwne rzeźby, przez co odnieśliśmy wrażenie, że  chyba lubi tego typu miejsca. W sumie nic dziwnego, bo niektóre jej dzieła są całkiem podobne ;)

Zahaczyliśmy jeszcze na pełen straganów Plaza de la Merced, przy którym położony jest dom narodzin Pabla. Stamtąd, idąc Calle Alcazabilla pełną kawiarenek (w tym polecaną przez Was bodega bar El Pimpi) trafiliśmy przed Teatro Romano i Alcazabę. Ok, niby kolejna pozycja z przewodnika, ale fakt, że w tym miejscu toczyło się życie kulturalne jakieś 2000 lat temu, a my teraz chodzimy sobie na chillu z wózeczkiem, zawsze robi na nas wrażenie :)

Dzień się powoli kończył, podróż do Andaluzji też. Malaga zadbała o odpowiednią oprawę na ten pożegnalny wieczór. Przyjemna ciepła bryza, otaczająca zewsząd egzotyczna roślinność i czarujące zachodzące słońce idealnie sprawdziły się jako tło dla naszego rodzinnego spaceru.

Osiem dni to niezbyt wiele na dogłębne poznanie Andaluzji, ba, nawet  samej Sewilli. Jednak przez ten czas zobaczyliśmy i poczuliśmy tak wiele, że śmiało możemy powiedzieć – chcemy tu kiedyś wrócić!

PS. A te kasztany w tytule to nie przypadkowo. Zarówno w Sewilli, jak i w Maladze na ulicach sprzedaje się kasztany jadalne z grilla. Niestety, my gapy, nie zjedliśmy ich,  bo zawsze mówiliśmy sobie, że kupimy je przy następnym kramiku i w końcu się nie udało. Ale spoko, na placu Pigalle też nie, a przecież tam podobno są najlepsze :)

Nie tylko Krychowiak polubił to miasto ;) Przekonaj się, czym ujęła nas Sewilla.

Nie znasz jeszcze naszej oceanicznej opowieści? Przeczytaj wpis z Huelvy!

malag1

malag2

malag3

malag4

malag5

malag6

malag7

malag8

malag9

malag10

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Protected by WP Anti Spam